Lot

Pogrom czasu w raju! Nie tylko w Kambodży czas płyną szybciej niż ryby w jeziorze Sap. Ledwo spełniłem jedno z dawno wypowiedzianych marzeń Kształt Marzeń a już pokonywałem kolejne schodki w drodze do samolotu. Na szczęście tym razem lot był na tyle krótki by przespać start i posiłek a po chwili już zaspanymi i spalonymi od wrażeń oczyma spoglądać na kolejne lotnisko. Pukhet, tajlandzka wyspa na morzu Andamańskim, ta sama która trzynaście lat temu została doświadczona przez tsunami. Mój pobyt na niej był w miarę spokojny i bezpieczny a jedyne tsunami zostało wywołane trzęsieniem zmęczonego od filozofowania umysłu.

Phuket 

Po trudach zwiedzania (choć z drugiej strony co to za trudy skoro w ramach urlopowego szaleństwa) nadeszły dni relaksu i niczym nie zmąconego spokoju. Czy to we własnym pokoju czy na basenie, morzu a dla żądnych przygód łaknących pełną piersią chwytać każdy dzień i wieczór- w Patongu. Każdemu w zależności od potrzeb. Bez presji grupy i bez przytłaczającego planowania pozostałego czasu. Każdemu wedle zasług i fantazji. Tak jak Rysie, samotniki w tłumie lubią najbardziej.

W tym miejscu przytoczę jako anegdotę opinię jednego z kolegów, który stwierdził że nasz hotel był „słaby”, pomimo że posiadaliśmy pakiet „chlanie i żarcie do oporu”. Był kiepski ponieważ nie było w nim śniadań. Tak, zgadza się nie były ale tylko dla tych którzy trafiali na stołówkę po jedenastej. Cóż, sam też nie miałem okazji sprawdzić porannego menu. Zapewne miał na to wpływ mój wieloletni uraz hotelowy- niemożność przespania dłużej niż trzech czterech godzin w jednym ciągu, poza domem. Zatem nosiło mnie po zaklętych rewirach nie tylko tej wyspy znacząc teren śmiechem i emocjami. Nie istniało pojęcie dnia i nocy. Chwila odpoczynku a po niej wzywająca krzykliwie przygoda, wyrywając nawet najbardziej zmęczone członki.

Plaża

Plaża

Plaże nie są dla mnie pociągające. Lubię przez chwilę pospacerować po miękkim niczym mąka i gorącym od wysportowanych ciał piasku, mrużąc oczy od wszędobylskiego słońca. Lubię wskoczyć w trzydziestostopniowe morze by pobawić się z nieprzewidywalnymi falami. Lubię przystanąć by pełną piersią wdychać cudowną atmosferę beztroski. Lubię ale tylko przez chwilę. Mam potrzebę przemieszczania się, wiecznego ruchu. I to wszystko pomimo tego, że tym na Pukhecie niczego nie brakuje. Jeśli jesteś fanem tego rodzaju wypoczynku, to prędko rezerwuj bilet i w drogę. Idealne miejsce dla Plażofanki!

o co chodzi Pukhet

Pukhet

Pukhet o co chodzi

 

Patong

Największym miastem wyspy jest to pod tą samą nazwę. Nie dotarłem tam. Bliżej było do Patongu, miasta oddalonego o około 300-500 batów od hotelu- stawka w zależności od umiejętności negocjacyjnych. Łypiącego na turystów swym czujnym okiem. Za dnia na plaży oraz z gwarnych salonów masażu. Wieczorem zaś przede wszystkim z ulicy Bangala. Głośnej niczym przekupki zachwalające zawistnie swój towar. Ping Pong! Discoteca! Whisky! Ladyboy! Krzyczącej z każdego zakamarka „hello”, waląc po oczach oceanem barw. O dziwo, nie zmęczyła mnie. Szedłem w kokonie nieprzepuszczającym zbyt wiele do środka. Szedłem ostrożnie wybierając miejsca do zabawy. O dziwo, trafiłem tam gdzie kondycja i koordynacja powinny iść razem pod rękę z wyczuciem rytmu. Tak, właśnie tam gdzie najczęściej muszą mnie końmi zaciągać. Do Illuzion Discotheque Pamiętając dobrą zabawę z Siem Reap, łatwiej było wejść ponownie w skórę Dirty Dancing. Ze względów bezpieczeństwa i dbania o naszą watahę poruszaliśmy się czwórkami. Padło hasło, nasz sygnał- nie martw się, nie martw się, nic się nam nie stanie! Twarze z całego świata! USA, Kazachstan, Szwajcaria, Kanada, Anglia, Turcja, chyba cała Azja. Trudno by zliczyć. Shape of You. Co chwilę dało się słyszeć podstawowe pytania- jak masz na imię? Skąd jesteś? Na więcej nie pozwalały wbijające się decybele. Mr. Saxobeat

Po kilku godzinach zapragnąłem czegoś innego. Spokojniejszego miejsca i dla uszu i ciała. Odłączyłem się od grupy. Pobliska plaża okazała się idealna. Zimny Singha a może Chang w jednej ręce, w drugiej z wolna przesypywany piasek. Przede mną rozkosznie szumiące morze, raz po raz rzucające we mnie kroplami. Nade mną niebo ozdobione tymi samymi dla świata gwiazdami, pod którymi nie istniały problemy a tylko jedność wspaniałej chwili. Odpłynąłem… Zapatrzony w dal którą wzrok nie sięga… Zapatrzony… Ze stanu prawie zakrawającym na nirwanę wyrwał mnie spokojny głos policji turystycznej zwracającej uwagę, aby nie pozostawiać śmieci na plaży. Ruszyłem z powrotem do cywilizacji. Trafiłem do jednego ze słynnych pubów gdzie grają muzykę na żywo. I to był strzał w dziesiątkę. Give me everything tonight! Kolejny już nawet nie wiem który Chang wpadł w rękę, dając na chwilę orzeźwienie. Cała sala wypełniona po brzegi i świetna dziesięcioosobowa kapela rewelacyjnie bawiąca się z nami! Nad ranem padłem. Do czego przyczyniły się dodatkowo problemy żołądkowe, trzymające ponad dobę. Następnego dnia wróciłem tam! Musiałem!

Phi Phi

Kolejny dzień spędzony w Patongu mógłby być podobny do poprzednich co nie znaczy, że gorszy. Aczkolwiek nosiło mnie aby ruszyć się dalej. Skorzystałem z możliwości aby dołączyć do grupy poznanych Turków i wykupiłem rzutem na prom, bilet na wyspę Phi Phi. Pani sprzedająca wycieczki pełna zdziwienia poinformowała mnie, że wykupuje się je dzień wcześniej rano. Odpowiedziałem że rozumiem ale na ten pomysł wpadłem właśnie teraz. Przecież jestem na urlopie, to nie muszę (?) planować. Godzina drogi busem, dwie godziny na promie. Koszt około 100 zł (razem z powrotem następnego dnia). I to mi się podoba. Po dopłynięciu na wyspę znaleźliśmy w dobrej cenie nocleg, pomimo, że to był szczyt sezonu. Klimatyzowane w pełni wyposażone pokoje za kolejne kilkadziesiąt złotych. Jak można spędzić czas na tej wyspie gdy zostaje się tylko na kilka nocnych godzin? Oczywiście że tak! I gotta feeling! That tonight’s gonna be a good night! Jeden wielki ciąg dyskotek na plaży. Jedna przy drugiej i morze głów! Kilku wesołych pikujących przedwcześnie meserszmitów (jeden idealny na kolejną opowieść) a poza tym spokojnie bawiących się obywateli świata w bród. Powoli dopadało mnie zmęczenie i jak wybawienie przyszła cisza. Równo o drugiej w nocy niewidzialne prawo wcisnęło przycisk „off” i wyspa powoli rozchodziła się spać. W labiryncie uliczek trudno było znaleźć odpowiednią drogę do naszego bungalowu ale nikomu nigdzie się nie spieszyło.

Phi Phi Island Thailand

Smutek

Gdy rano postawiłem pierwszy krok na pomoście prowadzącym do promu, nie kac morderca a przenikliwy cierń smutku zaatakował tak rozdarte serce. Z jednej strony cholernie łaknące powrotu w rodzinne ramiona a z drugiej z żalem opuszczające te rajskie tętniące szaleńczym odpoczynkiem wyspy. Krok za krokiem czułem jakby ołowiane nogi roztapiały się zostawiając widoczny tylko dla niewielu ślad. Ostatni ślad. Mechanicznie podałem bilet i niezdarnie wszedłem na pokład. Ostatnie głębokie spojrzenie, takie by wracając za jakiś czas zostało przywołane z otchłani pamięci. I ostatnie rozdzierające zdjęcie…

Phi Phi so sad photo

 

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This