Zima z uśmiechem od ucha do chucha!

Zima. Przestałem wierzyć, że jeszcze przyjdzie. Przestałem wierzyć, gdy kolejny raz zraniła mnie w Święta Bożego Narodzenia, niewdzięczna suka. Kolejny raz zamiast śnieżnobiałej po oczach palącej, ale jakże pożądanej dziewiczej bieli; pierwszego topniejącego na czubku nosa roztańczonego w ulotnych marzeniach płatka śniegu; dumnego śladu na dzikiej górze pragnień, pozostawionego niezdarnym zjazdem parapeciarza. Kolejny raz walnęła mnie z płaskiej burej, błotnistą breją, oblepioną stanowczością dłonią. Poddałem się. Niektórzy naiwnie marzyciele, niczym kibice polskiej piłki nożnej- tej klubowej- na wiosnę, jeszcze pocieszali, choć bez przekonania wręcz krzyczeli, żebym nie tracił nadziei. Straciłem.

Tymczasem. Całkiem zapomniana. Przyszła niezapowiedziana. Właśnie ONA. Zima z uśmiecham od ucha do chucha! Akurat pięknie zbiegła się z tym najoczywistszym dniem tygodnia. To była środa! Wbiegłem w gorący puch rozgrzewający łydki, dwugłowe i bezgłowe. Straciłem głowę. Nie miałem pojęcia gdzie pobiec, o tej mojej skazanej na mnie już do końca dni, piątej nad ranem. Chciałem wytarzać się, skakać namiętnie, szczenięca energia ze mnie tryskała zaskakując budzące się dopiero z twardego snu miasto. Pobiegłem w dawno nieodwiedzane ścieżki, łaknąć łapczywie kakofonię barw uszlachetnioną śnieżnym werniksem. Krok za krokiem, niezdarnie stawianym, z lekką dozą niepewności, bieżałem ucząc się na nowo skoku śnieżnej pantery. Łapczywie łaknąłem każdy detal, w obawie przed zbyt szybkim Armagedonem, atakiem pluchy. W zimie piękno wydeptane, wychodzone, wyjeżdżone ma głęboki smak, choć tak rzadko ostatnio odczuwany.

Trudniej się biega, zazwyczaj nie z powodu chłodu a braku przyczepności. Na którą nawet rady nie dadzą agresywne bieżniki moich Cascadii

czy kolce do butów montowane. Szczególnie odczułem to podczas piątkowego treningu na opornej bieżni, gdzie każdy krok dodawał kroplę zimnego potu, zbieranego do wiadra wydolności.

zima bieżnia zima oco

Oczywiście, że mógłbym udać się na bieżnię mechaniczną ale czy to jest moje naturalne środowisko? Oczywiście, że nie! Jeden jedyny raz biegłem na niej w dawnym Ergo Sklepie, kiedy kupowałem pierwsze biegowe buty u mojego ulubionego doradcy Janga. Oczywiście że czułem się na niej jak kot wrzucony do stawu. Już wolę robić przy okazji brodzenia w śniegu, dodatkowo siłę biegową niż stać się bohaterem demotywatorów.

Choć nie każdemu to przeszkadza. Na ten przykład Trener na chwilę pod wpływem demencji starczej (dzięki Bartek), zapomniał o chorobie i o regresie spowodowanym wiekiem i zajął wczoraj… a co tam ja będę pisał, oddaję głos do studia:

Falenica „na zapalenie płuc”

Zimowe Biegi Górskie w Falenicy – uwielbiam te zawody czemu wielokrotnie dawałem wyraz na tej stronie. Czekałem na pierwszą edycję jak na pierwszą gwiazdę…i bum – przedwczoraj coś mi usiadło na oskrzela (czyli blisko głowy). Oczywiście każdy trener na świecie wycofałby zawodnika z zawodów w tej sytuacji, ale ja niestety/na szczęście nie mam trenera i nie wyobrażam sobie zimy bez Świąt, więc pojechałem ledwo trzymając się kierownicy. Warunki fatalne – roztopy, grząski, ciężki śnieg, momentami lód i woda. Przywitanie z kolegami z tras biegowych

i ruszamy….

Organizm broni się przed wysiłkiem, głowa nakazuje koncentrację. Podbieg, zbieg, podbieg…nogi grzęzną, trudno utrzymać rytm, ale po pierwszej pętli już wiem, że dziś mam flow – biegnę, nie – lecę do mety i nie przeszkadza mi nawet to, że od 5 km muszę dublować wskazując i wyskakują z głębokiego śniegu, który zalega obok ścieżki. Meta – 38:10 i II miejsce open.

Zimą kocham zimę, wiosną kocham wiosnę, latem kocham lato a jesienią tylko złotą polską jesień!

Taka to moja zima z uśmiechem od ucha do chucha! A jak Wasza?

P.S. Kiedyś też spadł śnieg

 

 

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This