Miłość w Zakopanem. Niesie się od morza poprzez zielone łąki Kujaw i błękitną wstęgę Wisły, aż do samiuśkich Tatr. Niesie się od biur poprzez szkolny radiowęzeł aż do hoteli i pensjonatów. I właśnie w takim spokojnym położonym na uboczu miejscu, gdzieś pomiędzy Harendą a Nosalem przyszło nam chłonąć TĘ atmosferę cepeliowego miasteczka.

Miłość w Zakopanym to może zdarzyła się wieki temu, gdy mieszkając na Górnym Śląsku wraz z rodziną górniczo inteligencką przyjechałem tu po raz pierwszy w połowie lat osiemdziesiątych. Niewiele z tego okresu pamiętam ale obserwując teraz moje dzieci, to mogę z pewnością stwierdzić, że jeżeli był śnieg to nic innego już się nie liczyło. Prawdopodobnie nie miałem okazji trafić do szkółki narciarskiej, prawdopodobnie zgodnie z dawnym modelem wychowania mogłem być jeszcze za mały na takie fanaberie. W Zakopanym, no prawie czyli w Murzasichle spędziłem tydzień lub dwa podczas kolonii w szkole podstawowej. Z tamtego okresu zapamiętałem mocne parcie by jak najszybciej znaleźć się na każdym wzniesieniu podczas wspólnych wędrówek. Po zdobyciu może Nosala a może innego szczytu, zostałem nagrodzony latawcem w barwach tak dziś znienawidzonej tęczy.

Zwierzęta i o co

Czy latorośle zapałały miłością do tego miejsca? Jesteśmy tu po raz drugi i być może nie ostatni ale jednak nie ma tutaj duszy. Za to wszelki duch z nas uchodzi w kierunku Giewontu i Kasprowego. Od kilku dni zamiast szusować po Harendzie czy Polanie Szymoszkowej i nabywać kolejne umiejętności czy to na dwóch czy na jednej desce, przesiadujemy w ośrodku pod wysoką temperaturą wrzenia. Pływając we własnym sosie wśród charczących oddechów rodem z filmów grozy. „It happens. Shit happens”. Jak mawiał guru biegów ultra.

Dlatego tym razem nie będzie epickiego opisu walki podczas nieodbytego w piątek treningu pod tytułem „20′ E + TR: 2 x 20’ (4:40/km) przerwa 5‘ trucht+ 10’E”. Zresztą środowy też byłem zmuszony odpuścić. To już druga przerwa podczas tych przygotowań. Druga wymuszona nadszarpniętym zdrowiem. Tym bardziej żałuję, ponieważ będąc w dobrym rytmie treningowym, wręcz karmię się coraz trudniejszymi wyzwaniami. A w dodatku piątkowe czy sobotnie treningi są najbardziej wymagające i sprawdzają możliwości organizmu.

Bieganie oraz każda inna aktywność fizyczna realizowana na świeżym, zaznaczam świeżym powietrzu wzmacnia odporność i poprawia samopoczucie. Bezspornie. Z tej wartości dodanej ogromnie się cieszę. Niestety po drugiej stronie wydatkowanego wysiłku fizycznego jest element najbardziej zaniedbywany nie tylko przeze mnie ale większość- regeneracja. Ale o tym napiszę jak się zregeneruję i odzyskam zdrowie!

P.S. Trochę masochistycznie, w piątek wjechałem na Polanę Szymoszkową poprawić umiejętność jazdy na parapecie. Wreszcie jest już duża frajda i radość z jazdy. Zima została posmakowana w pełni.

Snowboard o co

P.S.S. Pozdrowienia i dla Ani i dla Marcina, sportowych wariatów z którymi prawie się spotkałem. Co się odwlecze…

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This