Poprzedni odcinek rozpoczął i zakończył się hasłem- miło Cię widzieć. I również ostatni świąteczny tydzień wpisał się w nie. Z jakże szerokim uśmiechem wypowiedziane i wyściskane. Te trzy słowa tak nośne i donośne. Żeby ostudzić obawy na czekającą poniżej odyseję, od razu zaznaczę- nie odważę się Was oderwać na długo od stołu i łakoci. Nie miałbym sumienia. Nie narzucę Wam moje katusze.

W drodze do Wielkanocnego stołu zboczyłem na znane drogi na południowy zachód Polski. Tam gdzie jedno z ciekawszych zagłębi długodystansowych biegaczy. Tam gdzie każda ścieżka prowadzi na Ślężę, tam gdzie ludzie jak klimat ocieplają globalnie. No właśnie Ślęża. Nie tym razem. Swój trening odbyłem tradycyjnie wcześnie rano w Polsce centralnej, tej skąd pochodzą najlepsze koty, te najbardziej łowne. I najbardziej mruczące kocice. Tym razem kto rano wstaje deszcz dostaje ale przynajmniej prysznic już miałem za sobą. Zatem na Ślężę wbiegł tylko niezdarty Pjachu, który po jednej z opowieści urósł nie tylko w moich oczach, jeszcze bardziej – choć myślałem że bardziej się już nie da. Jesteś Wielki! Twój codzienny wysiłek większy niż bezkres Atakamy czy Gobi. Po biegu dołączył się do Biegofanki która przybyła ze swoją wesoła rodziną i piszącego te słowa, w jednej ze świdnickich kamienic. W przepięknej scenerii na balkonie skąpanym w promieniach prawdziwie zachodniego słońca, wznieśliśmy toast za pomyślności i to spontaniczne spotkanie.

Kalorie spalone, miejsce na kolejne zrobione. Mając w głowie jeszcze nie do końca przyswojone słowa pisma dietetycznego, nerwowo oczekiwałem na restaurację, którą wybierzemy na uzupełniająca kolację. Po chwili miałem łzy w oczach słysząc, że będzie to pizzeria a po drugiej chwili zacisnąłem pięści i wykrzyknąłem- nie dam się wodzący na pokuszenie szatanie! Okazało się, że nawet dla średnio rozgarniętego pożeracza majonezu, chleba i słodkiego obojętnie czego, który nawraca się jak oznajmiają ostatnie odcinki bloga, wybranie dania w odpowiednim kanonie piękna nie było trudniejsze niż zapisanie się na zawody biegowe. I zaczęło się. Zaczęły się przepastne rozmowy płynące wartko niczym Pilsner w czeskiej hospodzie. Kto był ten pianę śmiechu i dobrego humoru spił. Kto nie był ten niech żałuje…

 

spotkanie w Świdnicy

 

 

 

Szczęśliwego Nowego Roku, dopiero co niosło się od morza do Tatr, w uszach wciąż wybrzmiewa dzwon podziału, a tu już pierwszy kwartał, pierwsze starty i pierwsze niezjedzone pyszności za nami. Bynajmniej za mną. Wy macie jeszcze czas by przez najbliższe dni zjadać to co matki, żony czy kochanki nawarzyły na Wielkanocny czas. Lub ojcowie, mężowie czy kochankowie. Tak, tym razem nie wskoczyłem za świąteczny stół, niczym żarłoczna wszytko pochłaniająca na swojej drodze bestia. Wciąż głodne i szaleńczo goniące za każda napotkaną kalorią tornado! Napadający na rozkwitające stoły niczym Hrabia Dracula na okoliczne wsie. Nie tym razem. Tym razem skupiłem się na dyscyplinie i pracy nad słabościami, czerpiąc (nie mylić z- cierpiąc) inspirację z moich idoli. Wsłuchując się coraz bardziej w powracające do formy ciało, zacząłem odzyskiwać nad nim kontrolę. I choć wiem, że jeszcze sporo pracy przede mną, muruję mozolnie fundamenty pod przyszłą już nieżarłoczną bestię. Już nie ja żrę, a zżera mnie ciekawość dokąd dotrę i z ufnością wchodzę na tą drogę. Niech będzie długa i kręta, niech będzie wznosząca się i pełna zawistnych kamyczków i kamieni. Niech będzie i na me kroki czekała!

oco sałatka Wielkobżarstwo

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This