Vegerynarz. Każdego szanującego się człowieka cieszy progres a tego, który ma wrażliwe ucho, cieszy również muzyka progresywna. Progres cieszy za wyjątkiem postępującej choroby czy innych negatywnych zjawisk. Powoduje narastającą motywację wprost proporcjonalną do osiąganych efektów. Zachęca do zaangażowania się w podjęte działania, zagłusza niewątpliwie występujące chwile słabości. Jakieś cztery tygodnie temu trafiłem do gabinetu Vegerynarza. I o tym będzie ten odcinek.

Puk, puk! Puk, puk. Dało się słyszeć coraz głośniej pukanie w mózgu, gdzieś pomiędzy ośrodkiem zbrodni i kary a walki i nagrody. Puk, puk. Przyszedł czas gdy poczułem znaną twardość dna. Gdy nie chciałem już z wagą 90+ dalej biec i iść. Zapukałem do drzwi za którymi stał Vegerynarz. Z wyciągnięta pomocna dłonią. Nie, nie zaproponował mi tajemniczo brzmiących i kolorowo się prężących tabletek, obiecując z przereklamowanym uśmiechem szybki efekt. Dał dwie garście informacji oraz instrukcję naprawy zepsutego człowieka. Spojrzał hipnotyzująco głęboko w oczy i wskazał drogę. Vegerynarz, dał nadzieję w wyprawie po sukces!

Już jakiś czas temu byłem podpytywany o wagę, której ze względu na wstyd przed nie tylko samym sobą nie ujawniałem. Narastała we mnie lawa frustracji. Jak to, przecież biegam. Jak to, przecież nie jem dużo. Jak to, przecież…no przecież. A od wieki wieków masa była jakby związana stalową liną z deka dziewiątką. Teraz gdy gram wg scenariusza Vegerynarza i gdy progres jest widoczny, niejako z radości ale również by potrzebujących zachęcić, nie wstydzę się i nie waham by podać kilka twardych liczb.

Masa ciała jest przeze mnie mierzona prawie codziennie rano na czczo. Dietetycy zżymają się, że po nocy organizm sporo spala zużywając energię na procesy życiowe oraz oddaje dużo wody. Zgodzę się. Aczkolwiek w moim przypadku, warunki pomiaru są te same czyli o tej samej porze, co pozwala mi obserwować tendencje i porównywać je ze sobą. Zatem do konkretów. Waga wahała się od 89 kg do 91 i czasem plus. Przyjąłem pomiar z 17.03 jako wyjściowy- wtedy otrzymałem skrojony na mnie garnitur diety.

Vegerynarz

Garnitur, który zgodnie z moją potrzebą nie jest przesadnie skomplikowany a właściwie prosty prawie jak budowa cepa i równie skuteczny. To co niewłaściwe odstawione, a to co potrzebne- dostarczane. W skrócie- węglowodany zostały zamknięte w ciemnej piwniczce a w ich miejsce przyszły warzywa, awokado, warzywa, awokado, warzywa i mięso. Nie tylko ale bardzo uproszczając. Do tego ocean wody. Pierwsze efekty zaskoczyły mnie bardziej niż kolejka pod choinką.

Vegerynarz oco

Jak widać Wielkanoc nie zamieniła się w festiwal obżarstwa. Nawet poprzedzającą ją spotkanie z Biegofamilią oraz Pjachem nie zachwiały przyjemnego progresu. Nie było to ani trudne ani męczące. Nie szukałem wymówek a po prostu robiłem swoje. Nie chowałem się po szafach z tabliczką czekolady w ręce czy blachą cista pod pachą. Dzięki temu z dnia na dzień czułem się coraz lepiej.

Vegerynarz oco

Inaczej wygląda to na pomiarach na innej wadze i po południu. Aczkolwiek tendencja jest oczywiscie spadkowa:

Vegerynarz

Z ciekawości powtórzyłem badania krwi. To co mnie pozytywnie zaskoczyło, to szybka zmiana niektórych paramentów.

  • Cholesterol całkowity spadł o 8%. Poszczególne frakcje też in minus
  • Glukoza -19%
  • kilkanaście innych parametrów albo się już poprawiło albo czeka na swoją kolej

Od kilkunastu dni obserwuję lepsze parametry podczas treningów biegowych. Dodając do tego pracę nad snem, czuję się zdecydowanie lepiej niż trzy tygodnie temu. Trywialne a jakże prawdziwe- w zdrowym ciele, zdrowy duch.

Na zakończenie mój wczorajszy trening, którego trochę się obawiałem a jak się okazało niepotrzebnie. Mimo wiatru poniosło mnie. I o to chodzi w biegu!

I: 6x1km (4:20/km) p.3‘ + 10‘E 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This