Na co komu dziś wczorajszy Swimrun? Na co komu telepać się ponad siedemset kilometrów, w dodatku tylko przez chwilę autostradą, by zamoczyć buty biegowe w wodzie nawet przy niepogodzie? Na co, po co, swimrun co tylko w parze może być realizowany?

Gdy kilka miesięcy temu Maciej zaproponował wspólny start w swimrun w Polańczyku, powiedziałem- świetnie, warto spróbować. Uwielbiam, kocham Bieszczady, dawno już tam nie byłem. Cały czas trenuję biegi, więc tylko zostało trochę popływać i tyle. Zapisałem  się nawet na basen, ale jednak wieczorne pływanie nie było mi dane regularnie robić. Może łącznie byłem z sześć razy na basenie? Może osiem? Okazało się, że jestem słabym pływakiem, w dodatku za grosz techniki we mnie. Mój styl to styl worka z ziemniakami wrzuconego do wody. Dalej było pierwsze zamoczenie się w jeziorze, które przeraziło mnie. Ten pierwszy „trening” podczas „Nawilżania boskich ciał” organizowany przez Kamila Ł. pokazał, że moje braki są większe niż niedobór papieru toaletowego za PRLu. Kolejne nie były lepsze. Wejście do wody i próba płynięcia technicznie kraulem kończyło się zadyszką z powodu złego oddychania, cały czas na deficycie tlenu. Nie potrafiłem nabrać powietrza, schować głowę pod wodę, wykonać kilka ruchów rękoma i nogami i powtórzyć. Zapowietrzałem się. Nawet na krótkim odcinku. Przerażało mnie to. Radość z odwiedzenia Bieszczad zamieniła się w ogromy strach.

Ten strach miał wielkie jak droga nad Solinę oczy. Ale nie byłbym sobą gdybym nie zagryzł zębów i nie walczył o poprawienie pływania oraz zwiększania dystansu w wodzie. Pierwszy skowronek nadziei przyleciał, gdy udało mi się przemieścić w jeziorze Borówno z jednego brzegu na drugi. Około sześćset metrów. Może więcej. Potem przebiegłem około trzech kilometrów. I jeszcze jedno wejście do wody na około 200 m. Około dwóch tygodni później z Maciejem- partnerem na Swimrunpoland- Zrobiliśmy dwie pętle- bieg około 3 km, woda około 600 m. Było ciężko, kończyliśmy w ciemnościach i byłem z jednej strony szczęśliwy że się nie utopiłem a z drugiej urosły obawy, że jednak nie będzie lekko.

Dzień przed startem obejrzeliśmy fragment biegowy trasy kończącej zawody. Było ciepło, słonecznie i sucho. Mając w głowie prognozy pogody na dzień startu, Maciej wyrokował, że będzie ciężko z powodu błota. E tam, machnąłem ręką. Dla mnie jedynym utrudnieniem rysowały się czekające nas odcinki pływackie.

Rozpadało się. Potem przyszła burza.

Warunki się poprawiły #swimrunpoland

Opublikowany przez Ocochodziwbiegu Piątek, 14 września 2018

Czarny scenariusz właśnie pisał się na naszych oczach i skórze. Wieczorem przygotowaliśmy wyposażenie, pianki, but i linkę, którą mieliśmy spinać się w wodzie.

swimrun strój

Znajomi z Bydgoszczy startowali na dystansie Ultra- Tomi z Maćkiem, małżeństwo Magda (zwana Żabcią, mimo że to jej partner preferuje ten styl pływacki) i Seba. Przywitałem ich przed startem o 6:30. Na chwilę deszcz ustąpił. Ruszyli w bojowych nastrojach na ponad 41 km biegu przeplatanego 5,5 km pływaniem. Z nawet kilometrowym odcinkiem.

Nasz start był trzy i pół godziny później. Pełni napięcia wyruszyliśmy w nieznane. Pierwszy odcinek to około trzech km biegu, z czego pierwszy pod górę. Maciej dostał lekko w kość. Dotarliśmy na brzeg, na pierwsze pływanie- 500 m, tam ja dostałem po dupie i miałem obawy co do kolejnych odcinków, czy dam radę znowu wejść do wody po tak kiepskim wstępie. Tym bardziej, że ledwo 700 m biegu i znowu pływanie. Odpoczywałem w trakcie biegu. Nie twierdzę, że był dla mnie bez wysiłkowy ale w porównaniu z pływaniem to była pestka. Za to Maciej odwrotnie. W wodzie mnie holował i był liderem. Świetnie pływa, dobrze podpowiadał jak mam efektywniej nieporadne ciało prowadzić. Z każdym kolejnym etapem było lepiej. Łapaliśmy rytm. Dobiegając do ostatniego wejścia do wody, krzyknąłem do wolontariuszki, która chciała nam wskazać drogę- czy kajaki już czekają? I padła ze śmiechu. Spojrzałem na partnera wchodzącego do wody. A mi nie było spieszne znowu walczyć o życie. Rozważałem zjedzenie żelu ale ostatecznie żadnego nie zjadłem z dwóch zabranych na trasę. Pociągnął za linkę i nie miałem wyjścia. Tzn. miałem ale po drugiej stronie wody. O dziwo płynęło mi się zdecydowanie lepiej niż na pierwszym odcinku. Brzeg powoli się powiększał. Powoli. Mijając bojkę wyznaczającą połowę, poczułem zapach mety.

Maciej wreszcie włączył kamerę i nagrał masę do wspominania z tej przygody:

Zaczęła się zabawa oczywiście w błocie. Pan reżyser bardzo chciał nagrać moją wywrotkę i się stało. Jeden zjazd sprawił, że ostrożniej stawialiśmy nogi choć i tak raz po raz wpadliśmy w poślizg. Coraz bardziej było czuć zapach mety, niczym schabowego w niedzielne południe. Kilku kibiców w lesie dopingowało. Znaliśmy ten fragment z rekonesansu. Na przyszłość jeśli tylko będę miał taką możliwość, to również sprawdzę jak wygląda ostatnia część trasy. Dużo to daje.

Wbiegając na metę poczułem szczyptę endorfin i radość z dobrego wspólnego swimruna. Nasz zespół się sprawdził. Zagrzewający do walki i dający wsparcie. Uważny na partnera i reagujący zawsze gdy była potrzeba. Swimrun nie dał w kość. Za mała intensywność, za krótki dystans. To było przede wszystkim sprawdzenie jak to się je. Jakich sztućców używać, w jaki sposób, jak organizm się zachowa. I wiecie co? Spodobało nam się. Bardzo smaczna odskocznia od biegania. I dla nas zdecydowanie ciekawsza od triatlonu.

medal

Swimrunpoland to kameralna impreza, tak jak lubię. Organizowana przez energicznych pasjonatów dla wesołych świrków. Mnóstwo pozytywnych ludzi łaknących polowania na endorfiny w jakże cudnych okolicznościach przyrody. Spróbujcie. WARTO!!!

A o to zwycięzcy dystansu ultra swimrun:

A tu my na mecie. (więcej filmów wrzucę później na YT OCO (kliknij) 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This