W milionach polskich domów oraz w niezliczonej ilości na całym świecie, co poniedziałek rozgrywa się godny Sofokles dramat. Rwanie garściami włosów z głowy, przecieranie natarczywym słońcem walczących o mrok oczu, uciekanie przed wzrokiem agresywnego budzika. Szeroko rozumiany za wczesny poranek, rani wtopione w łóżko członki, niechętne na jakikolwiek ruch. Jednak jest samotna wioska, samotny przysiółek otoczony zewsząd mrożącymi oczyma niezrozumienia. Mieszka tam może nie Gall a tym bardziej nie anonim. Co wstaje nim kur zapieje.

Coraz bardziej czuję, że weekendowe odsypianie, tego co w tygodniu się zdarzyło; że weekendowe zapadanie się w podstępną niczym leśne bagno pościel, nie prowadzi do niczego dobrego. Nie, nie odmawiam w tym miejscu nikomu relaksu czy odprężenia. Nie zabieram autorytatywnie prawa do regeneracji. Podnoszę na forum sprawę najwyższej wagi- czy warto te pięćdziesiąt razy w roku, ze dwa tysiące razy w ciągu życia, wpadać w okowy depresji, poniedziałkowego przekleństwa, tego stryczka odcinającego oddech? Rozumiem, że powrót po weekendzie do pracy może nie być podlany radością. Rozumiem. Ale im bardziej zatapiam się w rytm nie weekendu a po prostu dnia, to czuję że organizm zdecydowanie lepiej się czuję. I głowa i ciało. Poniedziałek nie jest kubłem lodowatej wody wylanej na rozdygotane ciało. Jest po prostu kolejnym dniem.

Nie preferuje odsypiania w sobotę ponieważ to sobota, a w sobotę trzeba zgodnie z doktryną nie tylko korpo świata odespać by mieć siły na roboczy tydzień. Zdarzają się dni, kiedy padam mordę jeża nawet około trzynastej, niekiedy po siedemnastej. Jeśli mam możliwość to wyrywam z pędzących wskazówek zegara kilka kawałków na odprężenie i regenerację. Czy tak jak wczoraj, gdy podczas drogi do Włocławka, zjechałem na kilka minut na parking by dojść do siebie. Niedobór snu oraz wysiłek podczas treningu spowodowały, że organizm krzyczał o chwilę przerwy. Jeśli nie mam na to szansy to staram się któregoś dnia szybciej położyć spać. A niekiedy po prostu odjeżdżam i zasypiam nie ważne która jest wieczorna na cyferblacie godzina.

Sobotni trening pięknie wszedł. Może nie idealnie bo zawsze można coś poprawić ale oswojenie się z tempem powoduje, że przy odpowiednim skupieniu noga dobrze podaje a głowa nie chce kończyć przed czasem.

I: 6x 1 500 m (4:15/km) p.5‘ trucht

No właśnie- głowa. Już lepiej czuję się w wodzie i stąd pomysł aby po dzisiejszym wybieganiu popływać w jeziorze. Wybrałem się z partnerem ze swimrun- Maćkiem. Umówiliśmy się, że jeśli wstanie w porę to o szóstej rano spotykamy się obok jeziora na osiemdziesiąt minut wokół świata.

poranek nad jeziorem

Wstał i zdążył dzięki czemu spokojnie w sam raz na zregenerowanie nóg po sobotnim treningu pobiegliśmy przed siebie. Było prawie idealnie w rewelacyjnych okolicznościach przyrody, gdyby nie moja fizjologia wciągająca w krzaki. Dalej już było tylko lepiej. Jezioro okupowane przez niemogących dospać wędkarzy, znalazło dla nas oraz dla jeszcze jednej pary pływaków miejsce.

swim

Nie chciałem Maćkowi deklarować ile przepłynę. Powiedziałem, płyń na tamtą plażę i zawróć, zobaczymy co mi wyjdzie. Wyszło miłe zaskoczenie. Po raz pierwszy przepłynąłem ponad kilometr, co jeszcze kilka tygodni temu napawało mnie strachem. Podoba mi się to uzupełnienie biegania o element pluskania. W zdrowym ciele, zdrowy duch.

A ze mnie jest ciele!

o co team

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This