Niekiedy chciałbym rzucić kieliszkiem niczym Ridge z Mody na Sukces, w ekran krzyczący wytłuszczonymi literami jakieś farmazony o wychodzeniu poza strefę komfortu. Jedyna strefa komfortu jaką zaznałem to ucieczka ze sklepu z wykładzinami i panelami, gdzie wrzask promocji wbijał się w mózg ostrymi szpilkami. Zresztą niebawem imperium promocji i obniżek zaatakuje ze zdwojoną siłą wodospadu. I jeszcze bardziej zapragnę ucieczki w nawet mroźną i śnieżną ciszę. Poza duszące mocarnymi dłońmi centra handlowe. Poza śmierdzącymi pierwotnymi instynktami morze zdobywców, ludzkich karykatur żałośnie wyrywających skrawki substytutów uczuć.

Sporo w mijającym tygodniu rozpraszaczy i przeszkadzaczy spotkałem na swojej drodze, od Kujaw po Podlasie i na powrót. Kilometry rozmów, metry kiełbas i setki rozwiązujących język trunków spychały perfekcyjny plan na bok, chcąc go przysypać resztką jesiennych liści. Raz udało mi się pobiec na oszronionych cudownych ścieżkach nadnarwiańskich łąk.

Raz i drugi raz nie udało się. Ale zagryzłem zęby, odrzuciłem stękający zalotnie przy uchu głosik szepczący- zostaw to i wróć do strefy komfortu 😉. Nabrałem jeszcze bardziej ochoty do ucieczki z moim kompanem- drugim ja-  na stare ścieżki i stare odczuwanie. Wyskoczyłem poza plan i zamiast 90 minut spokojnego biegu, pobiegłem na starą poczciwą, obfitująca zarówno w podniecające pagórki jak i przytulne zakręty trasę. Poprzez leniwie szykujące się do szturmu na galerie- nie sztuki- miasto, poprzez leśne równiny od linijkowych drzew wysycone by dalej zaskoczyć poskręcanymi zachodnim wiatrem pniami. Wśród podmiejskich ścieżek sennych i miejscami bytnością psów naznaczonych, wśród myśli tysiąca i uczynków zeszłych i przyszłych wypełnionymi.

Przewietrzyłem głowę, choć w zakamarkach zwojów i meandrach neuronów jeszcze sporo się poukrywało. Nie jestem wstanie sobie wyobrazić ile kilometrów musiałbym zjeść aby zrobić generalne porządki. Nie jestem wstanie sobie wyobrazić ile kroków trzeba by wytrząsnąć bawiące się w berka rozterki. Ale poczułem tą intrygującą kusicielkę, która muskając małżowinę uszną zaprasza na lizanie z pożądaniem kolejnych coraz odleglejszych, nieznanych dróg. Tym bardziej przechodzi mnie dreszcz na zbliżający się szybkimi tygodniami start w górach. Tam gdzie będę sam ze swoimi słabościami. Czekam.

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This