Zimowy przeszpetnie szary grudniowy dzień, zjadający z jednej strony początek a z drugiej koniec dnia, daje się we znaki, a najgorsze że nie ma zbyt wielu miejsc do ucieczki. Przemijanie czasu jest jeszcze bardziej odczuwane. Grudzień to prawdziwy Usain Bolt roku. Ten tydzień minął szybciej niż siedemnaście mgnień wiosny. Za szybko.

Do treningów wróciłem sumiennie, w dawnym stylu, gdy niektóre treningi realizowałem wcześniej niż zakładał plan. Dlaczego? Robiłem to wtedy, gdy istniało ryzyko dnia wczorajszego lub któryś z drapieżnych czynników urządzał zasadzkę na trening. Dzięki temu udało mi się wykonać w 100%, a nawet więcej. Ale do rzeczy.

Czterdzieste urodziny to zazwyczaj grube jak moje ciało w ubiegłym roku, imprezy które albo urządzają ciuciubabkę z garderobą albo pamięcią. Swojej jeszcze nie miałem i jeśli dojrzeję to może będę mniej zmęczony dzień po niż po ostatniej piątkowej zabawie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że odbyła się w Toruniu, to runąłem nad ranem zmęczony (na szczęście na swoje) łóżko. Czekała mnie charytatywna świąteczna sztafeta z Bandą Wariatów- powołanej kilka tygodni wcześniej grupie o charakterze sportowo- towarzysko- wspierającej. Bałem się czy z jednej strony dotrę na stadion a z drugiej czy będę wstanie wykrzesać z siebie głodomora tartanu.

Kareta podjechała po mnie i przynajmniej droga na stadion zleciała szybko i bez wysiłku. Czułem w sobie moc, moc ducha puszczy i ducha wyciśniętego z ziemniaków trunku, dnia poprzedniego a nawet aktualnego. Spokojna rozgrzewka, która potwierdziła że mój organizm nadal świętuje. Otrzymałem drugie miejsce w pięcioosobowej drużynie. Może być. Zasady były proste, biegamy po 400 m póki nie minie 60 minut. Wtedy koniec kopka.

Nasz kapitan oszacował, że około 8-9 kółek przypadnie na osobę. Takie interwały na długiej przerwie. Atmosfera pomimo dziesięciu stopni oraz rozebranego słońca- świąteczna. Ciasta, barszczyk, kawa i rewelacyjni wolontariusze. Sporo znajomych tych bliższych i dalszych. Wszyscy w szczytnym celu. Pierwsze kółko na sprawdzenie jak organizm zareaguje. Do czwartego było w miarę, później poczułem lekki dyskomfort. Ale podczas dziewiątego i ostatniego docisnąłem. Zabawa zabawą ale gdy się okazało że jesteśmy na piątym miejscu z szansą na czwarte to każdy z Bandy Wariatów sam się jeszcze bardziej zmobilizował i cisnął niczym hejt w internecie. Lubię ścigać się nie tyle z czasem a z przeciwnikiem, lubię mijać, wyprzedać, pożerać. To mnie nakręca. Przez chwilę nawet wskoczyliśmy na trzecie miejsce ale jednak rywalizację zakończyliśmy na czwartej pozycji. W przyszłym roku planujemy stanąć na podium. Choć już dziś dzielimy skórę na dziku i zastanawiamy się kto będzie przechowywał puchar, to tak naprawdę przede wszystkim chcemy w tym przyjaznym gronie spędzić czas, dzieląc pasję! Dziękuję Bando Wariatów za wspaniały czas!

Banda Wariatów Banda Wariatów Banda Wariatów

Banda Wariatów

Co byście zrobili będąc w najwspanialszej cukierni świata, mając wybór- zjeść najpyszniejszy deser świata czy mnogo innych ale za wyjątkiem tego naj naj?

Dziś miałem w planie nie tylko siedemdziesiąt minut spokojnego biegu ale również co najmniej jedną nową rzecz. W sobotni wieczór włączyłem aplikację- efektywne zarządzanie czasem- kartka i ołówek. Obliczenia godne Pita Golasa- 70 minut bieg, 25 minut jazdy w jedną stronę x 2, morsowanie (nowość) 10 minut, sauna 30 minut, rezerwa 20 minut, razem 180 minut. Odjąłem od musowego czasu powrotu do domu i jak nokaut Tysona między oczy wyszło, że powinienem wstać o szóstej. Czyli nic nowego.

Mógłbym napisać- czasem słońce, czasem deszcz ale prawda była brutalniejsza. Ciągle deszcz, ciągle wiatr. Aczkolwiek było ciepło, szczególnie jak na tą porę roku. Po 30 minutach dołączyli kompanii. Zrobiło się raźniej aczkolwiek pomimo dobrego towarzystwa deszcz i wiatr nadal był odczuwany. Nie dopytałem a może niedosłyszałem jak się przygotować do morsowania więc sroga lekcję od jeziora dostałem. Wszedłem boso i przede wszystkim moje nieotłuszczone palce u nóg płakały głośniej niż wierzby. Reszta ciała zostać chciała ale uciekłem tam gdzie raki zimują.

morsowanie

Szybko do samochodu i do sauny. Rzadko z niej korzystam ale dziś było rozkosznie.

sauna

Poczułem się jak Cezar przyjmowany w zamorskiej rezydencji. I tylko upływający czas przypominał że jednak jestem niczym chmury na niebie, szarym człowiekiem. Któregoś dnia ponownie spróbuję zostać morsem miast morświnem.

Sporo deserów przede mną i spory apetyt.

Sporo na głowie i w głowie myśli.

Sporo się dzieje w państwie.

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This