Ostatni raz kreślę niezdarnie te i poniższe słowa. Wróć. Jednak zdarnie, komputer błędy poprawia choćbym nie chciał, to krzyczy czerwonym podkreślnikiem- nie bądź osłem, pisz tak jak lubię. Zatem ocieram łzy w kącikach oczu, że te miesiące, tych co tuzin, że tych wpisów co ich prawie kopa się zebrała, przemijają dziś tak szybko przed oczyma. Szybciej niż poranne dwuminutówki na stadionie, rychlej niż łapana łapczywie meta ostatniego półmaratonu. Gdy odwracam głowę za tym co za mną, choć i nadal we mnie to kilka zdarzeń wrzeźbiło się we mnie niczym od uderzenia stanowczego dłuta. Nie o wszystkim przystaje pisać, drugiego Pudelka nam nie trzeba, lecz głośno w mej głowie krzyczą słowa- mój pierwszy raz.

Tradycyjnie w tym roku zmieliłem żarłocznymi oczyma miliony słów na kartach morza książek zapisanych, ale tym razem dominowała tematyka gór a w szczególności himalaizmu. Mimo, że nie wybrałem się na urodziny na szczyt Mont Blank- co jest marzeniem nie tak odległym, to nadal ciągnie i w te niższe i w te dalsze. Za kilka dni porzucam się śnieżkami w Gorcach i Pieninach, a za kila miesięcy…Trzy książki o Wandzie, o Kukuczce, Kurtyce, Bieleckim, pewnie kilka kolejnych przybędzie. Póki co „Zew Północy” dla odmiany i kilka kolejnych rwie się, mizdrzy zalotnie bym je namiętnie pochłonął.

Gdy samolot poderwał się lecąc tam, hen na zachód, to poczułem chwytające zewsząd wzruszenie. Nie dlatego, że udawałem się po raz pierwszy na zachodnią półkulę- miałem już przyjemność kilka razy gdzieś tam w okolicy pobiegać, nie dlatego że miałem pod stopami poczuć po raz pierwszy amerykańską tak przez wielu wyśnioną ziemię. ale dlatego że wreszcie mogłem usiąść w fotelu z „bratem bliźniakiem”, który rozumie mnie jak nikt, dziedzictwo genów uderza do od stóp do głów. Wiele wieczorów spędzonych na atakowanej przez moskity werandzie, morze whisky w oparach tytoniu otwierających umysł i rozwiązujących języki. Bez ucieczki w niepotrzebne konwenanse. Nasz własny amerykański sen.

 

Dzielić w pełni pasję ze skazanymi na współdzielenie życia, jest jedną z najbardziej wzruszających chwil. Trochę z przypadku, a trochę spontanicznie stanąłem z kochanymi dziećmi, może trochę za wcześnie, a może w sam raz, na starcie podczas charytatywnego biegu w Dobrczu. Plan był taki, że podczas mojego biegu na 5 km dzieciaki czekają a ja się pocę, ale przepiękna ich fantazja powiedziała- zróbcie to razem. Te kilometry wspólnego truchtania, niekiedy z maluchami na ramionach, w kurzu, z kończącą się wodą, wśród dopingujących na trasie, doprowadziły nas do mety oblanej wzruszeniem, trudnym do opisania. Nie, nie każę im biegać, nie każę im żyć tak jak ja. Ale takie chwila jak ta, zbliżają nas do siebie jeszcze mocniej.

Zapukałem do jej drzwi. Białych niczym szpitalne, ale zdecydowanie bardziej przytulne. I wszedłem w krainę łagodności, w drogę ku lepszemu, lżejszemu ale przede wszystkim zdrowszemu ja. O wygląd czasem dbam a niekiedy w dupie go mam, w zależności od nastroju. Ale w ostatnich latach, patrząc z wierzchołka perspektywy, dostrzegłem że byłem zmęczony przede wszystkim psychicznie i gdzieś z kieszeni wypadł mi mój optymizm, który już nie raz wyciągał z dołu, wyrywał ze szponów zawistnych zombie. Byłem jak nie ja, jak nie ten rześko skaczący po trawie wilgotnej od dającej energię rosy. To był jeden z pierwszych kroków, by odbudować siebie, by czerpać znów ze studni lekkiej jak motyl radości. Chwyciłem po raz pierwszy optymistyczne awokado, potem kolejne i tak kęs za kęsem zmieniam cegiełki tego wielkiego dawniej ciała. Choć czasem grzeszę oblewając się zabójczym śmieciowym jedzeniem, choć czasem żrę niczym smok wawelski, to droga jest jedna i słuszna.

To nie były pierwsze drzwi, do których zapukałem w tym roku. Wszystko zaczęło się gdzieś pośród mazowieckich pól, w chacie krytej zapachem ciasta i owoców skąpanych w orzeźwiającym kompocie. Od słowa do słowa zakiełkowała myśl, że bieganie to nie tylko bieganie. Śmiałem się do słońca, śmiałem się do gwiazd, drapałem się po głowie, drapałem po dzwonku, widać tak prowadził mnie los. I słowo ciałem się stało. Dołączyłem do ULTRA świata, dołączyłem krok za krokiem truchtając w tą nową krainę oby łagodności. Zapukałem i niebawem poznacie go po owocach… oby 🙂

Niekiedy wariactwa podrzucają dobre duchy, które zaskakująco wiedzą jak porwać mnie w podróż w nieznane i intrygująco przerażająco. Tak, strach ma wielkie jak dziury w polskich drogach oczy. Strach jest po to byśmy dali mu siarczysty plaskacz w drwiący ryj. Pamiętam jak w tak mocno rzeźbiącym mnie ogrodnictwie, musiałem mimo lęku wysokości wspinać się na kilka metrów i walczyć z wiatrem i działać tak jak tata zakrzyczał. Pamiętam, że strach mimo że często ma wymalowane jak Ozzy Osbourne oczy, to jesz czymś do pokonania. Pojechaliśmy w ukochane Bieszczady. Ja, który jak się okazało jestem pływacką cipą i kumpel, z którym zrobiliśmy swój pierwszy pęd ku wolności- swimrun. Zrobiliśmy to!!! A za kilka dni pobiegamy w również w wodzie. Tzn. w innym stanie skupienia.

Swimrun brotherhood

Zanim postawię ostatnią kropkę, zanim dam spokój swym wyrywnym myślą skaczącym chaotycznie po wzniesieniach klawiatury, wspomnę jeno o kroku który dziś niejako na potwierdzenie zewu tej nieposkromionej natury, potwierdza że wyrywa mnie z butów by próbować, by przeżyć kolejny i kolejny pierwszy raz. Ciągnie mnie bardziej niż do krwistoczerwonych ust, ciągnie mnie bardziej niż do jędrnych pośladków czy do soczystych piersi (czy aby na pewno?), by spojrzeć w głąb siebie, zajrzeć co kryje się za palącym oddechem w płucach, co skrywa się w tym nieposkromionym umyśle, który gdzieś zmęczony na szlaku czuje że żyje. Który gdy poczuje, że dostał po dupie, że jest ciężko to zaczyna oddychać pełną marzeń piersią.

Dziś porządnie chłonąłem zimno które rozgrzało mnie bardziej niż piece w Nowej Hucie. Podczas rozgrzewki poczułem czwórki, które miały w pamięci ostatnie treningi. Podczas rozgrzewki mimo braku muzyki zrzucałem kolejne warstwy tak niepotrzebnej mimo chłodu odzieży. Wszedłem do jeziora znanego z treningów do swimrun, wszedłem bez pianki z kurczącym się szybciej niż wędrówki kontynentów przyrodzeniem i… Poczułem jedność z wodą, jakbym ponownie znalazł się w łonie matki żywicielki. Poczułem błogość rozpływającą się po członkach, poczułem otwartość i radość z pierwszego razu.

 

W mijającym roku, poznałem morze ludzkich wspaniałych głów, z jakże różnorodnego koszyka boskich cudów. Mijający rok miał ocean wspaniałych chwil i te chcę pamiętać. Te gorsze? Po co?

Mój pierwszy raz pamiętam. Mój pierwszy raz był nie raz, nie dwa, i jeszcze nie raz będzie. Ciągnie mnie by wciąż być i żyć!

Za prawie dwadzieścia sześć godzin zakrzykniemy- szczęśliwego nowego roku. Niech to nie będą puste słowa. Niech dadzą siłę do działań! Niech zaprowadzą tam gdzie niekiedy strach zabrania iść! Niech każdy z nas, gdy będzie starszym panem, starszą panią, będzie szczęśliwy i niech przeżyje życie tak, aby nie żałować żadnej z chwil. Niech każdy z nas szuka drogi do szczęścia, niech każdy z nas gdy na łożu złoży po raz ostatni ciało, z jednej strony strasznie żałuje a z drugiej niech zakrzyknie że było gites!

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This