Pamiętacie piosenkę pana, co nosił spodnie na wysokim stanie? A może tylko wysoko śpiewał. Może bardziej zapadł wam w pamięć, skecz Ani Mru Mru, pod tym samym tytułem. Utwór Stana Borysa właśnie słyszę jak płynie pod sufit, z moich dbających o dźwięki głośników. Jednocześnie gdzieś za oczami przewijają się wspomnienia kabaretu. Właśnie dziś podczas spokojnego biegu, masującego zmęczone wczorajszym treningiem nogi, tak cicho zawodziłem, jak Wójcik i Wilkołek. AAAAAAaaaaaa. Zacznijmy od początku.

Po powrocie ze szczyrkowych ferii, podczas których nogi maltretowałem jeżdżeniem na desce, a nie bieganiem. Nie licząc brodzenia i wywracania się podczas Zadymy. (Pięknego doświadczenia- Zadymiacze). Wróciłem do regularnego treningu. Kilka lat temu prawdopodobnie utyskiwałbym, że nie zrealizowałem wszystkich zadanych treningów. Rwał włosy z bujnej czupryny, rwał biegowe szaty z rozpaczą godną Rejtana. Dziś gdy krew nie tak bardzo goreje, gdy bruzdy doświadczenia podkreślają mapę twarzy; dziś ze spokojem przyjmuję zastane okoliczności i warunki, które wymagają elastyczności oraz reagowania, miast sztywnego trzymania się planu. Wróciłem do treningów, mimo że po powrocie fizycznie byłem zmęczony. Poza domem słabo sypiam, a niestety to dla mojej amatorskiej doli, jest jedyne źródło regeneracji. Nadal wstawanie o piątej i wczesno poranne treningi determinują drogę do celu. Na szczęście, pod koniec treningów zaczyna szarzeć, a to zwiastuje zbliżającą się dostojnie wiosnę. Wczoraj, tj. w sobotę pozwoliłem sobie na późniejsze i wstanie i wyjście na trening. Poniekąd było to spowodowane piątkowym koncertem oraz nawilżaniem się rudą nie paskudą.

Art of Ilusion

SBB

Do treningów szybkościowych podchodzę z szacunkiem i respektem. Może nie przesadnym, nie czołobitnym, ale staram się skupić na realizacji, krojąc poszczególne powtórzenia na jeszcze mniejsze fragmenty, kółko, pół. Staram się skupiać na rytmie, szczególnie wtedy gdy jest ciężko. Wizualizować zbliżającą się metę. Tak, wczoraj poszło dobrze, a może nawet bardzo dobrze i zmobilizowało do zapisania się na Recordowa Dziesiątka

Jesteście ciekawi co zrobiłem na tartanie?

I: 6x1500m (4:10/km) p.5‘ trucht kliknij

I: 6x1500m (4:10/km) p.5‘ trucht

Na ostatnim interwale zmobilizowałem się jeszcze bardziej. Od kiedy tylko sięgam pamięcią to lubiłem mocną końcówkę. Udało mi się i podczas wiosennej dyszki i podczas jesiennej połówki przyspieszyć tak mocno, żeby mieć świeczki w oczach i czuć palący płuca i mięśnie ogień. Wymaga to wytrenowania i pewnego rodzaju odwagi. Nie takiego pierdzącego hasła o wyjściu poza strefę komfortu. Ale świadomego oswajania się z bólem, trenowaniem umysłu do ignorowania mocnych sygnałów wysyłanych przez ciało. Przekraczania krok za krokiem kolejnych ograniczeń.

Dziś biegnąć po puszczy, czułem masochistyczny ból w mięśniach. Być może zamiast uśmiechu, krzywy grymas zdobił twarz, ale z każdym kolejnym kilometrem było trochę lepiej. Chociaż przed każdym wzniesieniem musiałem zacisnąć zęby.

Kalendarz startów powoli się zapełnia. Maniacka na początku marca, pod koniec półmaraton w Warszawie. Wcześniej może coś jeszcze.

P.S. W szkole podstawowej, mój nauczyciel WFu, barczysty o atletycznej budowie, o sile tura trzymanej w stalowych mięśniach, po jednej z bójek powiedział- Kamil, pamiętaj, gówno dotkniesz, a za człowieka odpowiesz. Takie to prawdziwe i nadal aktualne.

OCO Ultras

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This