Gdyby życie nie płatało niespodzianek, to zapewne wpis zacząłbym od podsumowania piątkowego treningu. Okraszonego grafikami z Garmina Connect i prawdopodobnie z wypiekami na twarzy po raz kolejny analizował. Ciesząc się, że droga do celu mimo, że wymagająca, to prosta i wyrazista. A jednak są i wyboje i niespodzianki.

Niestety zarówno przed każdym, nie tylko tym sobotnim wymagającym treningiem, ale nawet przed bieganymi po piątej rano, w środku tygodnia, musiałem, chciałem sobie łyknąć. Dziabnąć, walnąć, choćby pięćdziesiątkę, a najlepiej setkę wódki. Gdy wybiegam wczesnym porankiem, to boję się ciemności, przeraża mnie ponury mrok. Nawet czołówka Petzla nie daje takiego komfortu i ukojenia nerwów, jak setka na raz. Gdy mam do zrobienia siłę biegową- podbiegi, to nie wiem czy mam większe obawy wdrapać się szybko na górkę, czy jednak zbiec, ryzykując wywrotkę. Dlatego co powtórzenie łyk do gardła i jest lżej. Ale najgorsze to są te treningi interwałowe, które biegam na stadionie. Wtedy do bukłaka leję śliwowicę, która powoduje, że nie mam oporów by kolejne powtórzenia biec jeszcze mocniej. Wtedy zawsze mam ułańską fantazję. Dzięki temu mam coraz więcej biegających kumpli. Już nie siedzą na ławeczkach pod sklepem zaczepiając przechodniów, krzycząc- daj pan szefie piątaka dla pijaka- tylko biegną ze mną i piją z tego samego bidonu. Im więcej pijemy, tym szybciej biegamy. Im więcej oktanów, tym lepiej.

Niestety co już nie raz odczułem, to zależność że im lepiej idą treningi, a słabiej dbam o regenerację, to organizm mówi basta! Na szczęście nie borykam się z kontuzjami mechanicznymi, co świadczy o dobrze skrojonym planie treningowym. W piątek powiedziało ciało, co wiedziało. Już przed feriami czułem lekkie osłabienie. Kichanie, drapanie w gardle. Ale nic powyżej stanu zaniepokojenia. W Szczyrku było nadal dobrze, choć wiedziałem że niedobory snu prędzej niż później dadzą kuksańca. (Prawie zawsze poza domem sypiam słabo). Pobiegłem w dobrej kondycji Zadymę, choć przep…o miejscami nielitościwie. Po powrocie o dziwo nic specjalnego się nie wydarzyło. Może więcej kichania, trochę zmęczenia w nogach, co nie dziwiło biorąc pod uwagę i pobyt w górach, i treningi. Oczywiście co „rozsądny” biegacz amator w takiej sytuacji robi? Bagatelizuje. A potem żałuje…

Na kilka dni wymuszona przerwa od biegania i wysiłku. Trochę w weekend wypociłem, przy okazji utyskując jaki jestem głupi, że do takiego stanu się doprowadziłem. Tymczasem przede wszystkim nadzieję pokładam w dobrym, zdrowym śnie. Przy okazji więcej dam popracować głowie i nacieszę oczy czytając nie tylko kolejną książkę- „Dzieje Polski” Feliksa Konecznego, ale również jeszcze bliższy mi magazyn ULTRA.

Dla przypomnienia tekst po wywiadzie Każdy dzień niech będzie dobry- kliknij

ULTRA do kupienia tam gdzie zawsze 🙂

ULTRA- kliknij

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This