Co zrobić, gdy czasu mało, a głowa paruje niczym ziemniaki w świńskim parniku. Cóż począć gdy miesiące przygotowań skurczyły się błyskawicznie, w wielki przedstartowy tydzień. Czy poszukać głęboko w kieszeni usmarkaną od lutowych przerw chusteczkę i szlochać rzewniej niż Scarlett O’Hara? Łkając piskliwie- przeminęło z wiatrem.

Rocky w takiej sytuacji wyrusza do starego przyjaciela, do rzeźni i tłucze bez opamiętania kupione w  świńskim dołku półtusze. Biega w przepoconym dresie po niekończących się schodach, nucąc przebój Led Zeppelinów.

Co zrobiłem? Wsiadłem w zmęczony mijającym tygodniem samochód i pojechałem do parku. Przemysłowego Parku, gdzie nawet latem ścieżki są odśnieżone. Na ostatni mocny przed półmaratoński trening. Na takie okazje zakładam pulsometr na pasku, żeby parametry były po tysiąckroć rzetelniejsze niż obietnice polityków.

W trakcie rozgrzewki poczułem lekkie uszczypnięcie w pośladek i zapach przebiśniegów. Poczułem zimowy oddech rodem z pomarańczowego tartanu, na którym tak cierpliwie budowałem szybkość, a którą skopałem hordami wirusów i wandalami nieodpowiedzialności. Poczułem, że idzie ku dobremu. Rozgrzewkę zrobiłem na lekko aczkolwiek długo. Trening właściwy 10 x 1 km/ 2’ trucht już na krótko. To była dobra decyzja. Dwa pierwsze powtórzenia zacząłem za szybko i już wiedziałem, że pod koniec treningu przyjdzie mi walczyć z utrzymaniem tempa. Przez te lata trenowania nauczyłem się wsłuchiwać w organizm i jestem nawet wstanie przewidzieć wynik zawodów po pierwszych set metrach. Może nie tak, aby przedstawić w sposób liczbowy, ale jeśli chodzi o samopoczucie. Od ósmego powtórzenia musiałem walnąć się w głowę i wrzucić wyższy bieg.

Spójrzcie:

10 x 1 km po 4:30/ 2′ trucht

Jak już wróciłem z rzeźni, to przyszedł czas na bieg po schodach. Umówiłem się skoro świt. Skoro barciński świt, na wspólne towarzyskie bieganie w zacnym gronie. Remi wreszcie zabrał mnie na swoje biegowe zaklęte rewiry. Poprzez leśne ścieżki, zwijany na obrzeżach miasta asfalt, oraz marsjańskie wykopaliska.

W otoczeniu kilku saren, stada muflonów i Rogera, który zamienił domowe pielesze na targanie gir. Rzadko, za rzadko biegam w towarzystwie. Nie dlatego, że nie lubię, nie chcę. Trudno jest znaleźć sposobność. Trudniej niż pasujące do siebie skarpety po wysuszeniu. Obiegliśmy w rześki słoneczny poranek naście kilometrów i dziesiąt minut, pośród toczących się niekiedy zaskakująco słów. Dziękuję za przemiłą gościnę! Wrócę!

Remi

Roger

?

 

 

 

 

Tymczasem niebawem przyjdzie poniedziałek, niczym palec wciskający przycisk start stopera. Rozpocznie się ostateczne odliczanie, czas oby nie na zmarnowanie.

P.S. W głowie już kiełkują kolejne starty.

P.S.S. Tak naprawdę to było wesoło 🙂

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This