Do dat nie mam głowy. To znaczy, do dat które opisują urodziny nie tylko rodziny, w miarę mam pamięć, lecz do tych mniej istotnych, gdzieś zapisanych zdarzeń mniej. Co można zapisać na kartce papieru, schodzi z głowy niczym pot przed egzaminem. Zatem gdzieś pośród przedszpitalnych korytarzy stycznia leciałem po tartanie jak na wniebowstąpienie. Biegłem na bezkolizyjnym kursie, z prędkością światła po życiówkę na każdym dystansie. Aż nadszedł później niż w styczniu, bardziej agresywny i nie znający litości stan osłabienia. Oczywiście, niczym młody aczkolwiek głupszy niż głuptak, bezczelnie wyzywający los, zakrzyknąłem- jestem wszechmocny, niezniszczalny. I spłonąłem. Niczym list nie wysłany, w ogniu wędrownego ognia schowany. Poplątały mi się nogi, zrobiłem opóźnioną niczym pociąg PKP przerwę, co nie pozostało bez śladu na bezczelnym ciele. Czuję, że do tamtej dyspozycji brakuje, może nie jak grosz kasjerkom przy 9,99 zł- czy mogę być winna do następnego, który nigdy nie nastąpi. Ale może 0,50- 0,70 polskich żółtych złociszy.

Z pewnością nie pomaga środowisko, zapewne nie pomaga nisza zawodowa w której się poruszam, aż w krzyżu łupie. Teraz siedząc w wygodnym skórzanym fortelu (czytaj- tanim wprost ze szwedzkiego sklepu krześle), mogę na chłodno przeanalizować, dlaczego dziś nie otwieram szampana. (Dla złośliwych- szampon otwarty i już po biegu użyty). Mogę dla cierpliwych, ale i dla własnej pamięci napisać słów, zdań kilka napisać, by na przyszłość lekcja została odrobiona.

Krzyczę na wstępie- taki stary, a taki głupi! Tyle już biega, a takie błędy popełnia. Krzyczę dalej- taki los amatora, że niekiedy balans, kompromis miedzy pjur lajf, a pasją zostaje zachwiany, jak wtedy gdy w barze wzrok dwóch planet się bezwstydnie krzyżuje. Co zepsułem? Wsypałem kilka ziaren piasku do budowanej od jesieni maszyny. Czułem się od jakiegoś tygodnia niczym wysychający z tęsknoty za lasem wiór. Kaw za dużo podczas roboczych spotkań- wysuszają, zbijanie wagi na siłę przed biegiem, oraz ocean stresu, który nie rozstąpił się dziś niczym morze pod laską Mojżesza. Oczywiście wcześniej to ignorowałem. W tym roller coasterze życia łatwo zmrużyć oczy, gdy wiatr zbyt mocno dmie. Mam taki charakter, że kumuluję w sobie wszystko co złe, nadymam się niczym szkaradna nadymka, aż pękam. Spalam się na co dzień w środku niczym piasek kwarcowy w hutniczym piecu, licząc po cichu, że efekt finalny rozświetli zatęchłe salonu. Mam jednak także swoją, swoistą wytrzymałość. Choćbym ignorował ją, to niestety fizycznie daje się we znaki. Choćbym ignorował ją niczym jadowity deszcz, to spala mnie od środka, niszcząc wariacki optymizm.

Drapiąc się po… wiadomo czym, przypomina mi się kolonijna piosenka- Przybyliśmy do Mrzeżyna, tu przygoda się zaczyna!  Zaśpiewam- przybyliśmy do Warszawy- tu katorga się zaczyna, ale tego jeszcze wczoraj nie wiedziałem.

Spędziłem dobre chwile podczas Expo. Spotkałem kilkoro nie zawsze na foto zapamiętanych znajomych. Odbyłem kilka inspirujących rozmów. I poszedłem później niż wcześniej spać.

 

 

W międzyczasie zakupiłem czekoladowego zając, z krwi i kości, który jest memu sercu bliski.

Start. Własny zając daje mega komfort. Własny zając daje mega motywację. Własny zając to jest to. Ale tym razem zarzygałęm go na wskroś.

Biegam od dobrych kilu lat. Coraz bardziej poznaję swoje niedoskonałe ciało. Coraz lepiej podczytuję jego hieroglify. Przeczytałem jeszcze grubo przed 10 tym kilometrem, że jest hujnia z grzybnią. Wyhaftowałem na asfalcie przepiękny wzór, znaczący porażki moc. Śmierdzący błędami ostatnich dni.  Pozamiatałem bieg. Lepiej niż wschodnia brać na średnioklasowych domach. Błędy wyskoczyły na pierwszy plan. Zabiły przeambitne cele.

Cóż. Bieg jest porażką. A porażki w moim wieku nie są destruktywne, a budują. Pozwalają rozruszać umysł i wyciągnąć konstruktywne wnioski. Oczywiście, że jest mi cholernie przykro, że nie ma życiówki. Ale nie ze względów osobistych, ale dlatego że w głowie miałem darczyńców mojej zbiórki. Tym razem presja była większa.

Dominik zażyczył sobie  bym na mecie zaśpiewał Odę Do Radości- zrobiłem to później, aczkolwiek fatalnie wyszło, ponieważ na trzeźwo nie śpiewam. Spinałem się mega mocno. I jest mi przykro, że tak wyszło. Ale cóż… Proszę o wybaczenie.

 

P.S. Rozmawiałem przed chwila z moim idolem Kamilem. Przykre jest to, że na FB wszyscy lajkują np. akcje charytatywne, a potem nie ma nikomu nawet 5 PLN WPŁACIĆ!!! Shame on You!!!! Proszę odróbcie lekcję!!!

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This