Muszę wam o czymś opowiedzieć. O tym, co już dawno zacząłem zauważać, nawet bardziej niż ślimaki po deszczu, a o których istnieniu przypomina tylko chrzęst pod rozpędzonymi stopami. O tym, co zapewne wielu z was też wie, podobnie czuje i tak samo mniej czy bardziej świadomie pragnie.

Co powoduje, że nagle w kilkadziesiąt, w kilkanaście minut od uruchomienia zapisów, kończą się miejsca. I nie piszę tu o „kultowych” wielkomiejskich biegach. Właśnie niejednokrotnie w  zabitych dechami dziurach, gdzie psy… po prostu inaczej szczekają, gdzie koty ze szczurami w szachy grają, a ludzie jednak nie z politowaniem, a z iskrą w oku witają. W kameralnych biegach rogalik na mecie rozpływa się w ustach, a nie w dłoni, grochówka jakoś tak mniej uwalnia bąki, a woda na trasie zawsze orzeźwia. W takich do około czterystu, może sześciuset uczestników zdecydowanie łatwiej jest spotkać znajomą, rozumiejącą napięcie przedstartowe twarz, poklepać po plecach towarzysza niedoli, pogratulować z całego serca wygranej. Tym bardziej, gdy odbywają się na swojej, udeptanej kilometrami treningów ziemi.

Dzisiejsze zawody, to pierwsze do których swoją cegiełkę dorzucił projekt, który na dniach ujrzy światło dzienne. I pierwsze organizowane przez naszych znakomitych biegaczy, dla biegaczy. Paweł Ochal wraz z „Fundacją Czas na Bydgoszcz” i przyjaciółmi zorganizował

Wiosenny Festiwal Biegowy (link)

w ramach którego odbyły się m.in. biegi na dystansie 5 i 10km oraz biegi dziecięce. Dystans 5km dla Elity- dla zawodników legitymujących się wynikiem poniżej 16 minut w przypadku mężczyzn i 18 minut dla kobiet na 5km lub z rekordami życiowymi poniżej 33 minut dla mężczyzn i 38 minut dla kobiet w biegu na 10 km. Zawodnicy biegający wolniej wystartowali na dystansie 10 km dla amatorów. Oba na trasie posiadającej atest PZLA. Uprzedzając fakty- impreza na którą chce się wrócić. Od razu było czuć, że nie jest organizowana przez przypadkowe osoby. Rewelacyjny pomysł, to oddzielenie biegów profesjonalistów od amatorów. Świetnie było móc obserwować i kibicować zmaganiom Elity. Wrócę tu!

Jakoś tak się (oczywiście strasznie przypadkowo) złożyło, że zabrakło mi odrobinę do startu w biegu dla Elity i chcąc nie chcąc musiałem pobiec dwa razy dłuższy dystans. Założenie było takie, aby pobiec mocno, ze sportową złością, udowodnić sobie że dyspozycja sprzed kilku tygodni wraca.

Od początku nabrałem ochoty, aby pobiec z kimś na zbliżonym poziomie, tak aby wzajemnie w razie kryzysu siebie pociągnąć. Remi, za tydzień ma maraton i głupotą byłoby dziś wariować. Szybki przegląd wyników i padło na Sylwię. I mimo, że wczoraj biegła piątkę w Stolnie, to był to właściwy wybór.

Wystartowaliśmy.

Początek za mocno, ale nogi rozruszane podczas rozgrzewki wyrywały jak głupie, jak niepomne ostatniej niedzieli. Wcześniej w głowie miałem jedną wersję taktyki, a później to co zaproponowała Żółto-królewska. Aczkolwiek powoli stawka się rozciągała, nogi złapały rytm i zaświtała w głowie myśl, aby zaryzykować i od początku trzymać tempo. Znajome plecy się pokazywały, Ryszard, Piotrek, czasem ktoś inny. Ale uczepiony starałem się podążać jak cień, którego dziś brakowało. Pierwsza dwa kilometry podbiegnięte przyzwoicie, trochę szybciej niż zakładałem. Trzeci trochę wolniej, choć tego nie czułem. Miejscami było pod wiatr, ale on nie był pierwszo- planową postacią. Kolejne kilometry były wymagające, ale tak powinno być na zawodach. Mocno i do satysfakcji! Gdzieś około szóstego kilometra pomyślałem- zrobię dziś mocny wynik i już wiosną nie będę się ścigał, odpocznę. Kolejne dwa kilometry nadal napierałem, choć nie było przyspieszenia. Po ósmym jakiś piasek wpadł w żyły, ołów wlał się do butów, ktoś wrzucił plecak wyprawowy ze słoikami na plecy i… Zwolniłem, przygarbiłem się niczym dzwonnik z Notre Dame. Chciałem wrzucić wyższy  bieg, włączyć Nitro i łykać w drodze do mety i biegaczy, i muchy w żeby. Nie tym razem.

Czy jestem zły? Czy jestem smutny? Czy mam dość biegania?

Na mecie nie było podstaw, aby uwolnić hordy endorfin, lecz to co dziś mogłem zrobić- zrobiłem. Na mym czole nie ma bruzdy zwątpienia, jest taka jak u Wojciecha- szeroka pokora i anielska jak biegaczki na trasie cierpliwość. Chcę z jednej strony ponownie wystartować, a z drugiej strony wytrwale i z olimpijskim spokojem trenować. Muszę koniecznie odnaleźć miotełkę, na strzepanie pokrywającego mnie coraz bardziej, zabijającego od środka stresowego pyłu. Po środowym treningu na stadionie, spotkałem właśnie Pawła Ochala. Przypomniałem sobie, a właściwie bardziej uświadomiłem, że z moim charakterem spalam w środku wszystko co złe, zamiast od razu wrzucać do miejskiego śmietnika, leśnego ogniska, gdziekolwiek, byle nie pakować w siebie.

Kiedyś chodziło się na piwo, wódkę i zagrychę, a teraz na zawody biegowe. Dziś morze przemiłych falowało głów. Mógłbym puścić jak w filmie listę dzisiejszej obsady, ale niech przemówią zdjęcia.

P.S. Bieganie to jest to!

P.S.S. Liczbowo przedstawiony wynik to, a szkoda słów ;P 10 km

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This