Niebawem startuje kolejny projekt łamania dwóch godzin w maratonie przez wielkiego, a mimo to chudego niczym wieszak biegacza z innej strefy. Projekt, który nie tylko dzięki zaangażowaniu najlepszych butów (czyżby Pegasusów?), idealnych warunków na trasie, oraz armii Pacemakerów, zająców- nie tylko angielskich chartów, być może zakończy się sukcesem. Ale cóż znaczy sukces zapytacie? Ja zapytam z pewnością. A przy okazji z głośników popłynie Czesław, ale nie Mozil SUKCES

Ta dwójka przewija się od długiego czasu niczym mantra południowo tybetańskich, odzianych w soczysto owocowe, pomarańczowe stroje mnichów. Dwójka jako z jednej strony najmniejsza komórka społeczna, jak to urzędnik USC czy ksiądz powtarza, ale przede wszystkim bariera, a może lepiej rzec cel, do którego się dąży. Dwójka, to najniższa figura w kartach, a zarazem odżywczy tlen zapisany jako O2- występujący w wolnym stanie w tej postaci. Trochę to dziwne, niby sam a jednak w parze, z samym sobą? Jak to właściwie jest? Niech każdy sobie szczerze sam przed sobą odpowie, nie odważę się udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Zatem te charty angielskie, przede wszystkim za czymś biegną. Uważni obserwatorzy zakrzykną- za zającem, na bum cyk cyk, bardziej dociekliwi powiedzą- za instynktem, a patrzący tam, gdzie wzrok nie sięga- za marzeniami, które nie tylko skaczą po deszczowej data chmurze, ale są niczym pragnienie pchające na zachód morską droga do Indii; na wskroś podobne do wyprawy zdobywcy bieguna południowego- tak jak Amudsena (nie mylić z 40% rozkoszą)(przypomniały mi się właśnie moje studenckie praktyki w Norwegii, pobyt w Oslo, muzea, przyroda, wrócę tam); niczym tęsknoty między wierszami pisane pośród „We are the champions”- i nie ma tu mowy o pieczarkach!

Biegną charty za zającem, a być może króliczkiem rodem z Playboy’a (nigdy ich nie odróżniałem, choć pasztet z zająca spod świętej pamięci dziadkowej ręki, na Boże Narodzenie podawany do dziś tęsknie służy mi w podniebienia zakamarkach). Biegną za czym, po co? Za miejscem? Za medalem? Być może plastikowym pucharem? Charty nie zawsze mają siłę na walkę z gęstniejącą od pytań i gorzkich żali powietrzem. Charty zawsze skupione na celu przebierają rączo nogami, w trakcie biegu już nie rozważając. Na to był czas przed startem, zanim startowy gwizdek przeraźliwie zakuł drażliwe uszy.

Zatem dziś dwójka- ale nie fizjologiczna- krzyczała w wniebogłosy! Drugi zakres biegu, którego na co dzień nie czuję, drugi z rozgrywanych dziś w Bydgoszczy biegów, oraz drugie a jakże pierwsze miejsce pośród tychże narodów.

Już rzewniej pisałem  moim uwielbieniu dla lokalnych biegów. Wy biegacze dobrze wiecie dlaczego one są tak przednie. Dziś spotkałem po raz kolejny swoich sąsiadów z osiedla, i nie tylko. Wesołych, żartujących z odcieniem Monty Pythona biegaczy i biegaczek. Aż nie chciało się wracać.

Zatem ten tydzień kończę z ryjem utaplanym w miedzyńskim błocie, spocony niczym w wietnamskim tunelu Wietkongu (wiem co piszę, byłem tam), ale bogatszy o hartowanie, które daję ogromną satysfakcję, choć przy okazji stres brudzący majtki ze skóry.

Starczy na dziś.

A jak wasze weekendowe poczynania?

 

tekst alternatywny tekst alternatywny

Pin It on Pinterest

Share This